Subskrypcja RSS

Czarne chwile z życia trenera

autor Administrator, opublikowano 2003-02-07

Czarne chwile z życia trenera Szkoleniowiec na każdym kroku może zetknąć się z nieprzewidzianymi sytuacjami. Już czas przygotowywania programu może dostarczyć takich atrakcji, ale sama realizacja, czyli prowadzenie szkolenia wręcz obfituje w nie. Doświadczenie trenerskie zatem oznacza również umiejętność przewidywania tego, co stać się może nawet, gdy sądzimy, że to nieprawdopodobne.

„...BYŁA ZA SŁONA”


Parę lat temu szef firmy szkoleniowej, w której wówczas pracowałam zgodził się, na prośbę klienta, aby zajęcia dla 12-osobowych grup menedżerów były prowadzone w salonie apartamentu hotelowego wynajmowanego dla szefa koncernu. Względy oszczędnościowe... Wnętrze było eleganckie, z wielkim stołem i ścianą traktowaną, jak ekran. Jednak po ustawieniu sprzętu (rzutnik, flipchart, kamera, TV, stolik z materiałami, pudło z akcesoriami typu długopisy itd.) dla prowadzących zostało miejsca tyle, co na powierzchni chustki do nosa, w dodatku częściowo przykrytego kablami od aparatury. Był to cykl szkoleń, każde trwało 2 dni, w związku z tym w owym apartamencie spędziłam spory kawałek czasu. Któregoś dnia, w porze poobiedniej – lato, upał – przenosząc jakieś pomoce potknęłam się tak niefortunnie, że upadłam twarzą na niski stolik. „Wycelowałam” częścią między ustami a nosem w sam kant stołu i w efekcie natychmiast „zalałam się krwią”. W pokoju wszyscy zamarli, a ja pędem wybiegłam do łazienki sprawdzić, czy nie straciłam zębów. Szczęśliwie ocalały za to spuchłam tak, że nie byłam w stanie mówić. Szkolenie dokończyła współprowadząca koleżanka.

Tak się złożyło, że po 2 dniach musiałam poprowadzić inne szkolenie, dla zupełnie innej grupy. Ponieważ wciąż wyglądałam, jak młodociany bokser po ostrym sparingu a z artykulacją miałam dalej kłopot jakoś chciałam się z tego wytłumaczyć przed uczestnikami. No i mówię, że wydarzyło się to i to oraz, że wiem, iż wyglądam, jak kobieta z plakatu prowadzonej wówczas kampanii dotyczącej przemocy w rodzinie: „...bo zupa była za słona”. Dodałam jednak, że w moim wypadku nie o ten problem chodzi. Na to jedna z pań ripostuje: „Tak, one wszystkie tak mówią...” Świetnie się czuję, gdy trafiam na dowcipnych, rzutkich uczestników. Tak było i wtedy, w dodatku grupa do końca z dużą tolerancją odnosiła się do moich starań, by mówić wyraźnie.

ŚLISKA RYWALIZACJA


Kiedy indziej, pod szyldem innej firmy, prowadziłam wspólnie z kolegami duże szkolenie, które miało odbyć się na dworze. Cel był głównie integracyjny, ale oczekiwano, by jednak zawrzeć w programie trochę treści edukacyjnych. Stworzyliśmy dobry program, byliśmy perfekcyjnie przygotowani organizacyjnie (podział na grupy, mnóstwo potrzebnych akcesoriów, ustalone czasy poszczególnych ćwiczeń w grupach tak, by kulminacja nastąpiła w postaci wspólnych dla wszystkich 2 konkurencji końcowych). I tylko stało się tak, że zawiodła pogoda - cały dzień lał rzęsisty deszcz. Budynek ośrodka, w którym pracowaliśmy stanowił na szczęście alternatywę, bo był ogromny i miał mnóstwo sal w tym jedną swobodnie mieszczącą ponad 100 osób, a nas było 60. My, trenerzy, uznaliśmy, że prowadzimy program tak, jak go przewidzieliśmy. Ostatni akord zajęć polegał na tym, że każdy uczestnik przebiegał między pozostałymi osobami tworzącymi szpaler. Zagradzały one drogę rękoma, by w ostatniej chwili unieść je, robiąc tym samym miejsce. Ćwiczenie wzbudziło niesłychane emocje, doping był nadzwyczajny. Po raz pierwszy zrobiło się nieprzyjemnie, gdy jeden z członków zarządu potknął się i przejechał czołem po podłodze. Ale ponieważ potraktował to jako własną niezgrabność i rzecz obrócił w żart zabawa trwała dalej. Panowie dość mocno ze sobą rywalizowali, kto szybciej będzie biegł, nie zważając na przeszkodę z rąk. W pewnym momencie ruszył młody chłopak, który przedtem zachowywał się dość nieśmiało. Widocznie atmosfera wyzwoliła w nim wolę walki, bo biegł jak burza przy akompaniamencie wrzasku pozostałych i w niesłabnącym tempie... wpadł na ścianę. Wszyscy zamarli, bo gdy odwrócił się zobaczyliśmy, że ma złamany nos, wyraźnie skrzywiony i puchnący w oka mgnieniu.
Po powrocie do Warszawy czołobitnie przepraszaliśmy poszkodowanych starając się poprawić ich nastrój koszami z łakociami. Na szczęście byli tolerancyjni.

BYŁO I NIE MA


Jeszcze jedna przygoda podczas treningu nastawionego na budowanie zespołu. Rzecz działa się w maleńkiej miejscowości, gdzie jedynym miejscem pracy jest nie doinwestowany zabytkowy pałacyk wynajmowany na takie okazje, jak np. szkolenia. Otacza go bajecznie piękny park, który właśnie służył nam jako teren ćwiczeń. Byliśmy tam przez kilka dni sami: uczestnicy i trenerzy, obsługiwani przez miejscowych pracowników wielce podekscytowanych, że ktoś korzysta z usług tego ośrodka. Za ogrodzeniem, od strony wjazdu stał miejscowy sklep z piwem, a przez czas naszego pobytu jego klientela, z butelkami w dłoniach nie ruszała się z „posterunku” przy płocie przyglądając się nam w napięciu. W czasie szkolenia krążyliśmy między pałacykiem a parkiem, czuliśmy się swobodnie, bawiliśmy się dobrze. Po zakończeniu jechałyśmy z koleżankami do Warszawy i po drodze postanowiłam kupić czereśnie. Wtedy skonstatowałam brak portfela. Odtwarzając fakty doszłam do przekonania, że musiał zginąć w pałacyku, prawdopodobnie wtedy, gdy moja torba zostawała w sali podczas ćwiczeń plenerowych. Przepytywanie pracowników oraz „publiczności” sprzed sklepu oraz przeszukiwanie całego pałacyku nie przyniosły rezultatu. Z tego portfela żal mi po dziś dzień kilku pamiątkowych zdjęć, których nie sposób odtworzyć.

KU PRZESTRODZE


Co wynika z tych opisanych zdarzeń?
Po pierwsze to, że w ferworze pracy, gdy rzeczy dzieją się szybko zawsze może przydarzyć się błąd, chwila nieuwagi, zapomnienia. Przygotowując szkolenie staramy się mieć pod kontrolą wszystko i gdy je zaczynamy wydaje nam się, że wszystko przewidzieliśmy. Z drugiej strony wiemy doskonale, że w tego typu pracy musimy zakładać element improwizacji. Inaczej bylibyśmy nudni i sztywni. Stąd problem: jak daleko ma sięgać margines zostawiony na przypadek? Często łudzimy się nadzieją, że jakoś to będzie, poradzimy sobie, bo już przecież nie jedno mamy za sobą. I to chyba najbardziej niebezpieczny rodzaj znieczulania uwagi, choć oczywiście można mnożyć przykłady sytuacji, gdy jednak udało się.
Dziś sądzę, że nie wolno zgodzić się na prowadzenie szkolenia w miejscu, które nie jest do tego przeznaczone i w którym po prostu, fizycznie jest za mała powierzchnia. Przydaje się też prosty chwyt polegający na przyklejeniu taśmą do podłogi kabli, których pełno plącze się przy mnogości używanego sprzętu.
Na pewno nie można pozwolić ludziom biegać w sali, podczas gdy ćwiczenie jest pomyślane, jako plenerowe. Warto zawsze mieć w zanadrzu jakąś technikę alternatywną, właśnie na wypadek koniecznej zmiany w warunkach prowadzenia szkolenia.
Kwestia zaufania do miejsca, w którym się pracuje to delikatna sprawa. Kurczowe trzymanie własnej torebki przy sobie, podczas każdego ćwiczenia wyglądałoby na obsesję. Z drugiej strony parę prywatnych drobiazgów trener musi mieć stale pod ręką. A więc selekcja: których nie przynosić do sali szkoleniowej. Poza tym – warto zamykać salę, gdy się ją opuszcza.
Pozostaje jeszcze jedno pytanie: czy ujawniać trenerskie „wpadki”? Są takie, które widać gołym okiem. Jeśli wówczas trener chce udawać przed grupą, że nic się nie stało daje dowód swej niepewności w roli, w jakiej występuje. Tymczasem ujawniając własny błąd może wspaniale zyskać na wiarygodności i autorytecie. Ostatecznie to miłe zobaczyć, że ten mądrala szkoleniowiec, który ma tyle wiedzy, że aż mu pozwolili uczyć innych jednak jest podobny do zwykłego uczestnika, który też się myli i ma wpadki.
Zdarzają się jednak i takie potknięcia, o których poza trenerem nie wie nikt. Niech więc one pozostaną sekretem.


Specialist & Friends Sp. z o.o.
Łada Drozda
: ,

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza, aby przeszukać stronę:

Odwiedz naszych Przyjaciół!

Polecani Przyjaciele